Właśnie ruszył w Polsce pilotaż Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, które ma milion złotych dla firm, które chcą wprowadzić 4-dniowy tydzień pracy. Problem w tym, że skrócony czas pracy, a nawet płaca minimalna, mało kogo dotyczą i tak naprawdę mało kogo to obchodzi. To jałowa dyskusja o niczym. Żeby się przekonać, że trudno o większą bzdurę wystarczy przez minutę porozmawiać np. z kelnerka, która dzień w dzień pracuje po 14 godzin czy ratownikiem medycznym w trakcie 36 godzinnego dyżuru.
Praca poza czasem
Od dość dawna zarabiam na życie publikując w różnych mediach i wożąc pasażerów. Żadnego z tych zajęć nie wykonuje w jakiś określonych ramach czasowych. Jeżdżę tyle, żeby zarobić na życie, zaś pracując nad tekstem robię to tak długo, aż jest on dobry i nadaje się do publikacji. Ani zegar, ani nawet kalendarz nie mają z tym nic wspólnego. A zarabiam tyle, ile wykonam, a właściwie sprzedam, tej pracy.
Jeśli ktoś powie, że są to na tyle specyficzne zajęcia, że nie mogę wyznaczać żadnej ogólnej miary, to jest to po prostu nieprawda. Takich zawodów jest cała masa. A nawet na tyle dużo, że śmiem twierdzić, że obowiązujący dziś ośmiogodzinny dzień pracy pięć razy w tygodniu obecnie dotyczy tak naprawdę już mało kogo. Czasy, kiedy większość społeczeństwa o 7 rano wędrowała do fabryk i urzędów i o 15 je opuszczała to już zamierzchła przeszłość.
Jak dziś wygląda rynek pracy? Mniej więcej tak, że na rynku pracy jest ok. 17 mln osób, najwięcej w usługach, około 9,7 mln. Około 2,3 mln osób pracuje na różnego rodzaju „śmieciówkach” (najczęściej umowy cywilno – prawne). Mamy w Polsce zarejestrowanych około 2,5 mln tzw. jednoosobowych działalności gospodarczych. W rolnictwie zatrudnionych jest ok. 1,5 mln osób, 700 tys. nauczycieli, 600 tys. kierowców. Mamy też 160 tys. lekarzy, 315 tys. pielęgniarek i ponad 20 tys. ratowników medycznych. Oczywiście to nie są to ścisłe dane, bo np. lekarz czy może prowadzić jednoosobową działalność gospodarczą i w praktyce często tak właśnie jest. Ale przytoczone dane dają pojęcie, jak to obecnie wygląda.
Dlaczego wybrałem te licznie reprezentowane zawody, z którymi spotykamy się na codzień? Zastanówmy się co płaca minimalna praca pięć (czy cztery) razy w tygodniu po 8 godzin, znaczą np. dla rolnika. Kompletnie nic. Jakby politycy nie kombinowali, rośliny czy zwierzęta raczej nie znają się na zegarku ani kalendarzu. Dla Kierowcy TIR-a, który wozi towar po Polsce czy Europie? Lekarza czy pielęgniarki, którzy w większości pracują na tzw. kontraktach, gdzie czas pracy praktycznie nie jest limitowany? Zdarzyło mi się np. rozmawiać z ratownikiem medycznym, który powiedział, że zakończył właśnie 36 godzinny dyżur (Inny, któremu to opowiedziałem skwitował krótko: „Norma”). Nauczycieli, których godziny gracy reguluje Karta Nauczyciela (18 godzin dydaktycznych tygodniowo)? Przedstawiciela handlowego, osób prowadzących Żabkę, punkt xero, kebaba, warsztat samochodowy czy zakład fryzjerski? Sportowców (tak, dla nich sport to praca)? Czy w usługach, gdzie, jak pokazałem, pracuje najwięcej osób, pracuje się z zegarkiem w ręku? Raczej niekoniecznie. Usługodawcy raczej umawiają się określoną sumę za wykonaną usługę, a nie rozliczają się od godziny. Np. adwokat za konkretną sprawę (rozwód), a mechanik samochodowy za konkretną naprawę (wymiana sprzęgła czy rozrządu). Choć oczywiście czas wykonania usługi ma istotne znaczenia dla określenia tej stawki. A co czas pracy oznacza dla osoby na „śmieciówce”?
Dla tych osób jakikolwiek sztywny czas pracy nie znaczy zupełnie nic, a zarabiają tyle, na ile dobrze są w stanie wykonać swoją pracę. A jakakolwiek dyskusja o tym co najwyżej może wywołać irytację.
Czas to pieniądz? Już nie te czasy
Dlaczego tak się dzieje? Po prostu wszystkie te osoby wykonujące realną pracę robią to dokładnie tyle czasu ile to od nich wymaga, żeby zarobić na życie. Robią to, co mają do zrobienie, nie oglądając się na zegar czy nawet kalendarz bo np. tzw. długie weekendy i relaks dla jednych oznacza czas wytężonej pracy dla innych.
Nawet zwykłe zwolnienia lekarskie nie bardzo ich dotyczą. Bo jak powszechnie wiadomo osoby prowadzące jednoosobowe działalności gospodarcze czy jakieś drobne biznesy są najzdrowsze w Polsce. Albo w ogóle nie biorą zwolnień lekarskich albo czynią to niezwykle rzadko. Dlaczego? Bo zwyczajnie ich na to nie stać. Jeśli ktoś powie, że jest to margines a nie norma to znowu – jest to nieprawda. Osób prowadzących JDG jest u nas w kraju blisko 2,5 mln, co, biorąc pod uwagę naszą sytuację demograficzną stanowi znaczną część rynku pracy w Polsce.
Wszystkich tych pracujących w oparciu o te różne formy umowy, płaca minimalna i dyskusja o skróconym czasie pracy nie dotyczy w najmniejszym nawet stopniu. Co więcej ich warunki pracy są poza wszelkim zainteresowaniem polityków i mediów.
Odwróćmy pytanie: kogo w takim razie to dotyczy? Być może administrację publiczną i wszystkich tych, którzy odsiadują tzw. dupogodziny za biurkiem. I duże firmy, które muszą ściśle ewidencjonować czas pracy. zatrudniające wielu pracowników najemnych do najprostszych prac, Choć przypuszczam, że one również nieźle sobie radzą z tym, żeby to obejść. I ro chyba w zasadzie tyle.
Wartość pracy to rezultat, a nie czas
Z czego się to bierze? Dyskusja – wiadomo: politycy i duża cześć mediów jak zwykle biją pianę w sprawach, które wywołują spore emocje opinii publicznej nie mając tak naprawdę realnego wpływu na życie zwykłych ludzi.
Natomiast sedno sprawy leży zupełnie gdzie indziej. Wydaje się, że po prostu wyrażanie wartości pracy w kategoriach zegarowych jest anachroniczne, przestarzałe. Obecnie mniej liczy się czas, który poświęcamy na wykonanie jakiegoś zadania, a bardziej jego rezultat. Stąd wynika całe nieporozumienie. Być może jako społeczeństwo musimy nauczyć się myśleć o pracy zupełnie inaczej niż do tej pory. Nie jako o „czasie spędzonym w pracy” a wymiernym rezultacie, pożytku, który ma ona przynieść. Jeśli nie zmienimy swojego sposobu myślenie dalej będziemy myśleli, że płaca minimalna to dobrodziejstwo, choć tak naprawdę liczba osób, których płaca zależy od tego właśnie wskaźnika, jest żałośnie mała. Pracownicy poszukiwani na rynku pracy od dawna zarabiają już więcej, być może część wynagrodzenia dostając pod stołem. Ci, którzy radzą sobie gorzej i tak skazani są na szarą strefę, w której nie obowiązują żadne reguły.
A ta gorącą dyskusję o skróconym czasie pracy toczona przez polityków i media, z której kompletnie nic nie wynika dla tych, nie ma faktycznie żadnego wpływu na tych, którzy każdego dnia muszą ciężko pracować, nie patrząc na zegarek, żeby mieć na chleb. I żadne wymysły czy bicie piany tego nie zmienią.
Zdjęcie: Pixabay
Najnowsze komentarze