P EJ Ten tekst piszę z pokładu pociągu Intercity Koziołek na trasie Lublin – Poznań, ponieważ właśnie okazało się, że obiecanego w pociągu internetu nie ma i nie będzie, więc mi się nudzi. Jednak dobrze się stało, bo warto opisać ten zupełnie odmienny świat jakim jest kolej i pociągi. Mój wiosek po latach powrotu do pociągów jest taki: jest coraz lepiej, ale nie beznadziejnie.

 

Lepiej pociągiem, niż samochodem

Mój powrót do podróży pociągami zdarzył się przypadkowo. Otóż tak się złożyło, że musiałem pojechać z Lublina do Poznania. Moja pierwsza myśl była taka sama jak przez lata: wsiadam do samochodu i jadę. Ale coś mnie tknęło i pomyślałem „A, sprawdzę pociąg”. I była to myśl zbawienna, bo okazało się, że z Lublina do Poznania (czyli przez pół Polski) szybciej i wygodniej dojadę pociągiem. I taniej, mimo auta w „gazie”.

 

Tak się też składa, że dawno temu, w okresie błędów i wypaczeń młodości, kiedy codziennie dojeżdżałem do pracy z Lublina do Warszawy pociągiem, pożaliłem się w dużym tekście na łamach „Gazety Wyborczej” na stan kolei w Polsce (do znalezienia w internetach pod tytułem „Sorry, taką mamy kolej w Polsce”). Więc jest okazja porównać, co się zmieniło.

 

Wniosek jest jeden: to co było 10 czy 15 lat temu a teraz, to niebo a ziemia. Kolej zmieniła się diametralnie na lepsze. W mojej ocenie da się teraz dojechać pociągiem tam, gdzie się chce, w miarę w rozsądnym czasie, dobrych warunkach i w dobrej cenie. Dość powiedzieć, że w teraz w dłuższe trasy zdecydowanie wolę jeździć pociągami. Raz, że tak jest lepiej, ale to też chyba oznaka starości – jazda samochodem nie ma już dla mnie takiego uroku jak wcześniej.

 

Co jednak nie znaczy, że nie da się troszku pomarudzić. Jak wspomniałem: jest znacznie lepiej, ale nie beznadziejnie, a niektóre rozwiązania na kolei pasują jak ulał do kategorii „kolej jako odrębny stan świadomości”.

 

Pierwsza ciekawa rzecz zdarzyła się już w kasie. Otóż obecnie większość pociągów objęta jest całkowitą rezerwacją miejsc. Więc pracownicy kas mają (prawdopodobnie narzucony z góry) miły zwyczaj zaznaczania miejsc markerem na bilecie, a jeszcze dodatkowo odczytują je pasażerom. Zwyczaj tyleż miły, co…zupełnie zbędny. Po prostu i tak nikt nie pamięta tego, co mówił pracownik kasy, bo jak się szuka miejsca to i tak się to na bieżąco sprawdza na bilecie.

 

Co ciekawe, pracownicy kas robią to nawet wtedy, kiedy bilety kupuje się również na powrót, z mniejszym lub większym wyprzedzeniem. A można to zrobić nawet miesiąc wcześniej. I teraz szanse, żebym po np. po tygodniu pamiętał, że kasjer powiedział mi, że mam miejsce 76 w wagonie nr 5 są żadne. Więc jest to kompletnie bez sensu.

 

Powie ktoś, że się czepiam. Problem w tym, że te heppeningowe czynności zabierają sporo czasu. Parę razy miałem taką sytuacje, że się spieszyłem i to bardzo. Więc po pierwsze opóźnia to kolejkę, a po drugie wiele razy chciałem jak najszybciej wziąć bilet i pobiec na pociąg, a tu kasjerka zajmuje się zaznaczeniem miejsc na bilecie i odczytywaniem tych informacji. Szkoda czasu.

 

Obecnie od mniej więcej roku regularnie podróżuję na dość długiej strasie Lublin – Ostrów Wielkopolski i z powrotem. I pierwsza podróż nie była zachęcająca. Pociąg się spóźnił na przesiadkę w Pleszewie, ale na szczęście tamten skład poczekał na przesiadających się podróżnych, więc do Ostrowa dotarłem tylko z lekkim opóźnieniem.

 

Ale, jak wiadomo, podróże kształcą, zwłaszcza wykształconych. Po tej pierwszej podróży przyszła refleksja: a po kiego grzyba pchałem się do tego Pleszewa? Pociąg jedzie tak, że z Kalisza jedzie do Pleszewa, omijając Ostrów, a tam mam przesiadkę i muszę się jeszcze wrócić. Czyli jedzie na około. Tymczasem z Kalisza do Ostrowa jest jakieś 20 km, a z Kalisza przez Pleszew do Ostrowa ponad dwa razy tyle. Więc tak pojechałem tylko raz. Teraz wysiadam w Kaliszu na autobus miejski, który kursuje między tymi sąsiadującymi miastami. Jestem szybciej i taniej. Czyli jednak pociągi mają swoje ograniczania, wcale nie jadą optymalną z punktu widzenia podróżnego trasą i przegrywają czasem ze zwykłym autobusem miejskim.

 

Internet pojawia się i znika

Właściwie wszyscy teraz oczekują, że w pociągu, zwłaszcza Intercity, będzie prąd i internet. I kolej obiecuje, że jest. Ale to nie prawda, czego najlepszym dowodem jest ten tekst, który powstał tylko dlatego, że Internet zdechł i w związku z tym nie mam na laptopie połączenia z siecią. A edytor działa – więc piszę. W każdym razie jeśli oczekujecie, że wsiadacie do pociągu, łączycie się z internetem, macie go cały czas, a potem zamykacie laptopa i wysiadacie, to zapomnijcie, bo tak to nie działa.

 

Otóż Intenetu nie ma w pociągach. I to nie ma na wiele różnych sposobów. Czasem nie ma go po prostu w ogóle. Tak jak teraz. Nie ma i nie będzie, co oznajmił mi konduktor a może kierownik pociągu. Czy się tym przejął? Odpowiedzcie sobie sami na to pytanie. W każdym razie połączenie z internetem najwyraźniej nie jest dla kolejarzy priortetem. Więc można spokojnie zamknąć laptopa, oddać się drzemce, poczytać książkę lub bezmyślnie gapić się w okno. Co też oczywiście w pociągach robiło się w zawsze i powinno robić nadal.

Czasem jednak internet się pojawia i wtedy to jest jednak wielka przygoda. Po połączeniu z pociągowym wifi wyświetla się strona IC, gdzie trzeba odhaczyć akceptację regulaminu. Co jest zupełnie bez sensu, bo nikt go przecież nie czyta. Ja zajrzałem dopiero na potrzeby tego tekstu. I wiecie co? Pewnie się zdziwcie, ale nie znalazłem tam kompletnie nic przydatnego, co powinienem wiedzieć.

 

Ale trzeba odhaczyć, żeby się połączyć z siecią. I jak się to już uda, to najczęściej internet…się właśnie kończy. Znika. Po czym być może pojawi się znowu i trzeba całą tę zabawę z akceptacją regulaminu zaczynać od nowa. Czasem się to uda, a czasem nie, bo już w trakcie tego happeningowego działania wifi znika znowu. Cóż, pewnie nie chodzi o to, żeby internet mieć, tylko żeby do zdobywać. Za każdym razem od nowa.

 

I tak przez całą podróż. Więc jeśli oczekujecie stabilnego internteu w pociągu to na to absolutnie nie ma co liczyć.

 

– Dostarczamy usługę dostępu internetu w swoich pociągach w oparciu o infrastrukturę GSM krajowych operatorów telekomunikacyjnych. Prędkość internetu w pociągach wynika z tego, jak rozbudowana jest infrastruktura GSM na obszarze, przez który właśnie przejeżdża pociąg – odpowiada Maciej Dutkiewicz rzecznik prasowy Intercity.

 

Ale mnie się w to nie chce wierzyć. To jak to jest, że czasami internet jest a czasem go nie ma? Nagle zwijają sieć GSM i ona znika? Przejeżdżam kawał Polski, od Lubelszczyzny po Wielkopolskę i na tym olbrzymim terenie nie ma ani odrobiny sieci GSM? A ostatnio internet nie pojawił się w pociągu ani na chwilę. Zresztą czasem obsługa pociągu na moją prośbę informuje, że idzie coś zresetować (router?) co czasem pomaga. A czasem nie. Zresztą w komórce internet mam, a wifi nie działa. To jest w tym miejscu zasięg czy go nie ma?

 

A poza wszystkim wydaje mi się, że jako ludzkość potrafimy już zapewnić stabilny internet w różnych miejscach i środkach komunikacji. Czy też nadal przerasta to nas, albo kolej?

 

Numeracja miejsc jak z losowania totolotka

Miałem sporo czasu, więc zająłem się obserwacją numeracji miejsc. I im dłużej na nie patrzyłem i próbowałem rozgryźć według jakiego klucza są rozmieszczone, tym mniej to rozumiałem.

 

Z grubsza w moim wagonie numeracja zaczynała się w okolicach 60 a kończyła w okolicach 90 – najniższą wartością było 61 a najwyższą 88. Tyle, z jakiś powodów nie znalazłem ani 79, ani 80. Może są to pechowe liczby dla kolejarzy, dlatego nie ma takich miejsc? Po kolei rosnąco albo malejąco też nie. Po prawej parzyste po lewej nieparzyste? Pudło. W efekcie doszedłem tylko do wniosku, że to na pewno jest jakiś test na inteligencję, który właśnie oblałem.

 

Okazuje się też, że irytuje to dużo więcej osób. W dwóch sytuacjach. Pierwsza jest oczywista: ktoś szuka swojego miejsca i nie może znaleźć. Ale są też takie osoby, które np. chcą siedzieć obok czy blisko siebie i nie mają pojęcia, jakie miejsca wybrać, kupując bilety.

 

Zapytałem więc o tę numerację konduktora. I od tej pory pytam każdego. Pierwsza konduktorka spasowała od razu, mówiąc, że nie ma pojęcia. Kolejny konduktor podjął wyzwanie i kazał mi sobie wyobrazić przedziały, bo ta numeracja to spadek jeszcze po czasach, kiedy wagony tak właśnie były podzielone. Ale byliśmy w standardowym wagonie bezprzedziałowym. Dalej mi coś tłumaczył, ale nic z tego nie zrozumiałem. W końcu i on przyznał, że nic z tego nie rozumie, ale powtarza słowo w słowo to, co mu tłumaczyli….

 

Oczywiście podstawowa zasada życiowa jest taka, że jak ma się jakiś problem, to na bank ktoś miał do już wcześniej i wystarczy sprawdzić w Googlu. I faktycznie okazało się, że jest w tym jakiś porządek, przed wszystkim zgodnie z którym się miejscami w pociągach handluje. Każde cztery siedzenia po jednej i drugiej odpowiada dawnemu przedziałowi 2 klasy, gdzie było 8 miejsc. Pierwsza liczba oznacza przedział, a druga miejsce. Dalej np., jak się stoi przodem od okna to po prawej są miejsca parzyste a po lewej nieparzyste. Rządzą tym międzynarodowe przepisy, które, jak już wspomniałem, ułatwiają sprzedaż tym miejsc, a obecnie wszystkie pociągi IC są objęte rezerwacją miejsc. A najpierw sprzedają się bilety przy oknach i przy drzwiach, co też ma swoje odzwierciedlenie w numeracji miejsc.

 

Sposób numeracji miejsc w wagonach kolejowych, stosowany m.in. w naszych pociągach TLK, IC, EIC oraz EIP, wynika z zasad przyjętych przez Międzynarodową Unię Kolei (UIC). Zasady te respektuje większość kolei w Europie. Dzięki ujednoliceniu metody numeracji bilety sprzedawane przez różnych przewoźników międzynarodowych dają gwarancję, że rezerwacja miejsca siedzącego zawsze będzie w tym samym miejscu, czy to w polskim czy niemieckim lub każdym innym zagranicznym składzie – tłumaczy Maciej Dutkiewicz z Intercity.

 

Wiecie co? W ogóle nie kupuję tego tłumaczenia. Problem w tym, że tę wiedzę tajemną mają kolejarze i urzędnicy, a nie pasażerowie, a to przecież oni szukają tych miejsc i z nich korzystają. Najwyraźniej jednak nie to jest najważniejsze….Dla mnie wygodnie powinno być przede wszystkim dla podróżnych, a nie kasjerów czy urzędników. A więc, nomen omen, po kolei.

 

Ja w każdym razie i tak zajmuje dowolne miejsce, bo w moim pociągu zazwyczaj nie ma tłumu i zawsze sporo jest wolnych miejsc. Może niesłusznie, bo pamiętam raz jak do podróżnego podeszła pani z informacją, że zajmuje JEJ miejsce, więc musi się przesiąść. I stała tak długo, aż pechowy podróżny nie zmienił miejsca. Akurat nie chodziło o mnie. Ale próbowałem zrozumieć kogoś, kto za wszelką cenę musi zająć SWOJE miejsce, gdzie wolnych miejsc jest praktycznie cały wagon.

Przerost formy nad treścią

Żyjemy w czasach tanich nośników informacji. Wszędzie otaczają nas monitory i oplatają systemy nagłośnieniowe. Nie inaczej jest w pociągach, w których stale słyszymy jakieś komunikaty i jest sporo ekranów. Wygląda jednak na to, że nikt na kolei nie pomyślał, jak je sensownie wykorzystać.

 

Nawet nie chodzi o to, że komunikaty podawane przez głośniki i na monitorach na ogół nie mają żadnego sensu. Jest znacznie gorzej – one po prostu irytują i znacznie obniżają komfort podroży.

 

Komunikaty oczywiście generuje automat. Tak się składa, że jechałem dość długo i na każdej stacji, na której pociąg stawał, zostałem powitany, a automatyczny głos za każdym razem dziękował mi też za wspólną podróż. W sumie milion razy. A także milion razy usłyszałem, żebym nie zapomniał zabrać bagażu i zachował ostrożność podczas wysiadania. A nigdzie się nie ruszałem i przez kilka godzin jazdy nawet nie zamierzałem.

 

Zresztą nie bardzo wiem, jak wygląda czynność „zachowania ostrożności”. Ale wiadomo, teraz jest to obowiązkowy komunikat w każdej sytuacji.

Szczerze? Po trzecim razem miałem już dosyć i zacząłem się zastanawiać, jak te głośniki uciszyć.

 

Szybko okazało się również, że cały system działa dość absurdalnie. Tak się bowiem złożyło, że na trasie był wypadek i nasz pociąg pojechał objazdem. Oczywiście nie mam pretensji, wypadki się zdarzają. Ale nagle po korytarzach zaczęli chodzić współpasażerowie, którzy nie wiedzieli, jak mają dalej jechać. Do mnie podeszła pewna pani, która przyszła z tyłu pociągu, która owszem, cały czas słyszała komunikat z głośników że „Wars znajduje się w wagonie numer 3”, ale nie mogła się dowiedzieć jak dalej będzie jechał ten pociąg. Nawet jeśli kolejarze coś mówili przez głośniki, a chyba mówili, to w jej wagonie nie dało się tego zrozumieć. Natomiast to, że „Wars znajduje się w wagonie numer 3” słyszała wyraźnie cały czas.

 

Nie lepiej z monitorami w wagonach. Otóż przysięgam, że w swoim życiu pociągami jeździłem regularnie, pokonując nimi całą Polskę, a nawet część Europy. Wydawało mi się więc, że potrafię to robić. Ale okazało się, że tak naprawdę o podróżowaniu pociągami nie wiem nic i całe życie robiłem to źle.

 

Kolej uznała, że najlepiej wykorzystać te monitory nieustannie pouczając podróżnych co i jak mają robić i w jaki sposób. A czego nie.

 

I tak np. dowiedziałem się, że w pociągu jest strefa ciszy, w której….należy zachować ciszę. Serio? Dowiedziałem się też, że warto dbać o bilet. Zawsze kupuje bilet i wkładam go do kieszeni, i, uwierzcie albo nie, nigdy nie miałem z tym problemu. Otóż z kolejnych plansz wyświetlanych na monitorach dowiedziałem się, żebym np. nie wystawiał go na działanie promieni słonecznych albo, broń Boże, nie laminował. Szczerze? Nidy mi laminowanie biletu nawet nie przyszło mi do głowy.

 

Itd., itd. Wszystko to podane było w trybie rozkazującym, polane ohydnym, dydaktycznym sosem w najgorszym możliwym wydaniu. Zdania typu „stopy lubią buty” czy żeby trzymać nogi na podłodze napełniły mnie metafizycznym lękiem. Nie oszukujmy się – śmierdzące skarpetki współpasażerów mogą być prawdziwą udręką. Ale czy myślicie, że wyświetlenie takiej informacji na monitorze coś pomoże?

 

Oczywiście, że według kolejarzy w Warsie nie można po prostu zjeść. Tylko trzeba „cieszyć się posiłkiem” i „dzielić przestrzenią”. Wiadomo o co chodzi kolei – jak zjesz to nie blokuj miejsca następnemu pasażerowi, który będzie chciał tu zostawić swoje pieniądze. To rozumiem, ale komunikat o „dzieleniu się przestrzenią” to nic innego jak obłuda i hipokryzja.

 

To bodajże u Roberta Makłowicza w książce „Cafe Museum” przeczytałem, że nie ma nic gorszego niż nieustanie pouczanie i nachalny dydaktyzm. Z tego co pamiętam to chodziło o wprowadzony przez państwo zakaz palenia w knajpach, ale jak ulał pasuje do tego, co jest w pociągach. Efekt jest taki, że poczułem się jak debil, który wszystko robi źle i którego nieustannie trzeba pouczać w każdej, nawet najbardziej oczywistej sprawie. Po wielokroć, bo przecież jak powiemy raz, to nie zrozumie. Więc młotkujemy non stop, może w końcu dotrze. Dokładnie to samo czuje, jak jestem w toalecie stacji benzynowej i nad umywalką widzę „instrukcję mycia rąk”. Otóż nauczyłem się tego we wczesnych latach przedszkolnych i wydaje mi się, że umiem to robić, nawet bez tych durnych instrukcji. Idąc tą drogą za chwilę kolej wprowadzi też komunikaty dla podróżnych, żeby pamiętali o oddychaniu. Co gorsza jednak czułem się też kontrolowany na każdym kroku: jak siedzę, gdzie trzymam nogi, czy aby jestem wystarczająco miły i uprzejmy itd. itd. 

 

W sumie jedynymi sensownymi informacjami jakie znalazłem na tych planszach były instrukcje dotyczące pierwszej pomocy. Reszta to taki typowy wypełniający bełkot. Robi to takie wrażenie, że skoro już te monitory są, to kolej uznała, że trzeba na nich coś wyświetlać. Ale na to jak je spożytkować najwyraźniej zabrakło już pomysłu i pomyślunku. Więc kolej najwyraźniej uznała, że najlepiej je wypełnić banalnymi treściami typu „warto być miłym”. Niby słusznie, ale też oczywiste i nic z tego nie wynika.

 

– Ekrany LCD w naszych pociągach są nośnikami treści reklamowych. To możliwość prezentacji towarów czy usług – wpadają w oko zarówno pasażerom siedzącym na swoich miejscach, jak i przemieszczającym się po wagonie. Ponadto służą też przekazywaniu informacji w ramach podejmowanych przez nas akcji, jak na przykład dotyczących zachowania w pociągu, pomocy w podróży osobom z niepełnosprawnościami, a także udzielania pierwszej pomocy medycznej. W nowych i zmodernizowanych wagonach są też już dostępne informacje o trasie i czasie podróży danym pociągiem, widoczne na ekranach wewnątrz wagonów – mówi Maciej Dutkiewicz z Intercity.

 

Szczerze, to nawet wolałbym reklamy, niż tę jałową papkę banalnych treści. Natomiast jeśli chodzi o informacje podawane przez głośniki to w pełni wystarczyłaby mi informacja o tym jaka jest najbliższa stacja i kiedy tam będziemy. I tyle.

 

Nie zamierzam jednak rezygnować z podróży pociągami, bo moim zdaniem to obecnie bardzo sensowna alternatywa samochodu. Będę więc jeździł i męczył się nadal, chyba, że na kolei ktoś w końcu pójdzie po rozum do głowy i zastanowi się jak uczynić ją przyjazną nie dla kolejarzy czy urzędników, ale podróżnych. W końcu.

Tomasz Bodył

 

Zdjęcie: flickr.com