Nie spotkałem jeszcze nauczyciela, którzy by nie narzekał na zbyt małą ilość czasu na zrealizowanie szkolnego programu. Może poza wuefistami. A tymczasem szkoły jest coraz mniej, czemu towarzyszy stałe obniżanie wymagań stawianych uczniom.
Zaraz po długim majowym weekendzie mój chodzący do liceum syn miał blisko tydzień wolnego z powodu matur. Mimo, że nie chodzi do klasy maturalnej. Potem długo miał skrócone lekcje z tego powodu.
Z kolei syn w podstawówce miał właśnie tydzień laby z powodu egzaminu ośmioklasistów. Mimo, że nie chodzi do ósmej klasy.
Obaj właśnie mają kolejny długi weekend z powodu Bożego Ciała.
Bieżący rok szkolny, z woli ministra Czarnka, rozpoczął się nie pierwszego, a czwartego września. Po drodze były długie przerwy świąteczne i ferie. Nauka skończy się faktycznie na konferencjach klasyfikacyjnych, które zwykle odbywają się na jakieś dwa tygodnie przed formalnym zakończeniem roku szkolnego. Potem jakakolwiek nauka jest jedynie pozorowana.
Mimo to nauczyciele cały czas narzekają, że mają zbyt mało czasu, żeby zrealizować program nauczania. Nikt nie zadaje sobie pytania, kiedy ma on zostać zrealizowany, skoro niedługo w roku szkolnym więcej będzie wolnego, niż faktycznych zajęć lekcyjnych. I raczej się myśli o tym, żeby te programy okroić niż wydłużyć faktyczny czas nauki w roku szkolnym.
Skróceniu czasu nauki stale towarzyszy też ciągłe obniżenie wymagań stawianych uczniom. Właśnie byliśmy świadkami wprowadzenia ograniczeń w zadawaniu prac domowych. Coś, co dla mojego pokolenia było koniecznością i oczywistością. Cały czas kurczy się lista lektur szkolnych, których i tak nikt w sumie już nie czyta. Zostały one zastąpione przez bryki, ich omówienia, a w najlepszym przypadku fragmenty. Celebryci zaś chwalą się swoją ignorancją, licytując się, kto bardziej nie umie matematyki. A bez niej przecież nie byłoby naszej cywilizacji.
Nie lepiej jest z kadrą nauczycielską. Szczerze to od dawna nie udało mi się spotkać nauczyciela, który miałby kwalifikacje, umiał przekazać posiadaną wiedzę i jeszcze był dumy z wykonywania tej pracy. Czyli był nauczycielem z powołania. Mam raczej wrażenie, że w szkołach lądują osoby, które pechowo nie załapały się do żadnej innej lepszej pracy, więc szkoła i „budżetówka” jest ich jedyną szansą na przetrwanie. Nawet jeśli mają kwalifikacje bardzo odległe od tego, czego nauczają.
Nie lepiej jest na wyższych szczeblach edukacji. Rozmawiałem niedawno ze znajomym profesorem, który stwierdził, że na uniwersytetach nikt nie zajmuje się już ani nauką ani dydaktyką. Wszyscy siedzą w papierach i wypełniają wnioski o granty. Oraz obliczają wskaźniki cytowalności. I jak grzyby po deszczu na uczelniach wyrastają kolejne biura karier.
W rezultacie wyrosła rzesza ignorantów z dyplomami oraz certyfikatami, potwierdzających liczne studia, kursy i szkolenia. Tyle, że o znikomej wiedzy o świecie. To od pracownicy jednej z bibliotek uniwersyteckich usłyszałem określenie „giertychowe sieroty” od słynnej amnestii maturalnej z 2006 r. ówczesnego ministra edukacji w rządzie PiS Romana Giertycha. To podobno popularne na uczelniach określanie na tych studentów, którzy studiują, mimo, że stan ich wiedzy raczej z trudem pozwoliłby im przebrnąć maturę. Pokolenie studentów przekonane, że wszystko jest w internecie, natomiast w żaden sposób nie potrafi tego tam odszukać. Żądające pomocy w znalezieniu najprostszych nawet informacji od pracowników uniwersyteckich.
Efekt? Jak powiedziała ostatnio bodajże Henryka Bochniarz: „Po co mi pracownik z dyplomem MBA, skoro nie ma podstawowej wiedzy życiowej?”. To pewnie dla nich właśnie na każdej stacji benzynowej w toaletach przyczepione są instrukcje mycia rąk. Coś, czego mnie uczono w przedszkolu i to bardzo wczesnym.
Z czego się to bierze? Moim zdaniem z traktowania edukacji nie jako zdobywania wiedzy o świecie, a po prostu przyuczanie do zawodu. Prawnika, lekarza, handlowca czy dziennikarza. Traktuje się ją jako funkcję zarabiania pieniędzy w przyszłości. Co oznacza, że nie uczy się rozumienia rzeczywistości, która nas otacza i naszego w niej miejsca, a jedynie wykonywania procedur. Najczęściej debilnych, bo wymyślonych przez takich samych ignorantów, jak ci, którzy potem je wykonują.
Oczywiście bierze się to z ignorancji i oczekiwań rodziców, którzy posyłają swoje dzieci do szkoły. Na myśl, że pociechy uczą się w niej o „Dziadach” Mickiewicza dostają gęsiej skórki. Zakładając, że w ogóle wiedzą, że Mickiewicz był autorem tego dramatu, a nie np. znanym kompozytorem. Pytają „A co moje dziecko będzie miało z tego, że będzie się uczyło o wierszach?”. I nie ma mądrego, który by im wytłumaczył, że w ten sposób rozwija się np. umiejętność logicznego i krytycznego myślenia czy zdolności formułowania myśli.
Oczywiście można wprowadzić do szkół same praktyczne przedmioty, np. wypełnianie PIT-a 37. Problem polega na tym, że jeśli ten PIT się zmieni, to tak wyedukowane dziecko będzie bezradne. Natomiast ktoś, kto będzie umiał myśleć i będzie miał podstawowy zasób wiedzy, jaki powinna mieć każda w miarę inteligenta osoba, poradzi sobie z wypełniłem każdego PIT-a, nawet jeśli będzie się on wielokrotnie zmieniał.
Miałem ostatnio bardzo ciekawą rozmowę ze studentką, która była na kierunku „kreatywność społeczna”. Tak, są takie studia. Prowokacyjnie powiedziałem jej, że po takim kierunku to raczej nie będzie miała milionów ofert pracy. Na co ona odpowiedziała „Mam to w nosie. Mnie to interesuje, chcę się rozwijać, a pieniądze mogą zarabiać jakkolwiek. Nawet na kasie w Biedronce”.
Ujęła mnie tym podejściem. Co niekoniecznie musi ją skazywać na porażkę na rynku pracy. Świat się bowiem zmienia piorunem, a przewidywania są takie, że duża część naszych dzieci będzie pracować w zawodach, które jeszcze dziś nie istnieją. Jeśli będziemy je kształcić wąsko, ucząc je praktycznych umiejętności w konkretnych dziedzinach, prawdopodobnie sobie nie poradzą. Za chwilę te umiejętności mogą być kompletnie nieprzydatne. Tym bardziej, że już obecnie rzadko kto pracuje w tzw, wyuczonym zawodzie. Natomiast jeśli będą rozumiały rzeczywistość i swoje w niej miejsce szansa na ich dobre życie jest znacznie większa.
Jest jeszcze jeden poważny problem. Paradoksalnie ignorancji sprzyja praktycznie nieograniczony obecnie dostęp do informacji. Lub czegoś, co ją udaje. Mamy więc coraz liczniejszą rzeszę ludzi, dla których podstawowym a często jedynym źródłem wiedzy o świecie jest Facebook, Tik Tok i Youtube. Bez rzetelnej edukacja są oni szalenie podatni na manipulację. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że tak dzieje się właśnie teraz, na naszych oczach.
Czy ktoś jednak wpadł na pomysł, że jedynym skutecznym lekarstwem jest rzetelna edukacja? Nie. Zamiast tego tworzy się kolejne serwisy fact checkingowe, gdzie pracują tacy sami ignorancji jak ci, do których fake newsy są kierowane. Oczywiście powstaje tu fundamentalne pytanie kto i jak sprawdza….sprawdzających czyli te właśnie serwisy fact checkingowe. Ale takiego pytania raczej się nie stawia, bo to już zbyt trudne. W rezultacie mamy obecny chaos informacyjny, gdzie faktycznie nikt niczego nie wie w nic nie wierzy. Liczą się jedynie opinie, którym z definicji nie sposób przypisać ani prawdy ani fałszu, gdyż ze swej natury są subiektywne.
Problem w tym, że na podstawie tego chaosu informacyjnego w demokracji podejmowane są decyzje, które mają kluczowe znaczenia dla naszego życia. Podejmowane przez ludzi, z których tylko znikoma część rozumie otaczający nas świat. I dla których ważniejsze jest przyjemne spędzenie czasu podczas kolejnego długiego weekendu niż edukacja i przyszłość ich własnych dzieci.
Zdjęcie: Pixabay
Najnowsze komentarze