To nie jest mój wymysł, ale nieopatrznie wdałem się na FB w dyskusję na temat „Czy wigilie klasowe powinny być świeckie?”. Doszło nawet do tego, że jeden z dyskutantów stwierdził, że Wigilia jest dla niego po prostu „dobrą kolacją z rodziną”, a kiedy inni dzielą się opłatkiem, on wychodzi do drugiego pokoju. Nie odpowiedział jednak na moje pytanie, z jakiej właściwie okazji ta kolacja jest urządzana. To jak na dłoni pokazuje coraz większy problem, jaki mamy ze Świętami Bożego Narodzenia i głębiej – z chrześcijaństwem i Kościołem

 

Święta tak, Boże Narodzenie – nie

Mówiąc wprost problem polega na tym, że wiele osób bardzo chętnie obchodzi Święta Bożego Narodzenia, przy czym przeszkadza im ich istota – właśnie „Boże Narodzenie”, czyli urodzenie się Boga, Chrystusa. Dlatego właśnie dochodzi do kuriozalnych i schizofrenicznych sytuacji jak z tą „świecką Wigilią”. Z jednej strony Święta się obchodzi, a właściwie mamy niejako przymus ich obchodzenia (o czym za chwilę), a z drugiej strony wiele osób uwiera ich religijny wymiar. Choć oczywiście nie da się przecież świętować Bożego Narodzenia bez…Bożego Narodzenia.

 

W efekcie dochodzi do takich sytuacji, opisywanych mi podczas wspomnianej dyskusji na FB, kiedy np. część klasy ma Wigilię, a kilku uczniów, nie będących aktywnych religijnie, jest z tego wykluczonych. Siedzi gdzieś w kącie lub po prostu nie wie, co ze sobą zrobić. Stąd zapewne wziął się w ogóle temat „wigilii świeckich”. Wiąże się to z „przymusem” świętowania, o którym wcześniej wspominałem. Organizuje się różnego rodzaju „opłatki” w firmach czy instytucjach, które na co dzień są absolutnie świeckie. Mało tego, takie spotkania urządza się w środowiskach jawnie ateistycznych czy nawet antyreligijnych. W takim wypadku dzielenie się wtedy opłatkiem (z łac. oblatum – dar ofiarny), który jest również związany z chrześcijaństwem, wydawał mi się zawsze mocno dziwaczny. Chyba, ze podczas takich spotkań ich uczestnicy przełamują się wafelkami czy ciasteczkami…

 

Święta bez…świąt

Pokażę na prostym przykładzie, o co mi chodzi. Pamiętacie może hitowy film dla dzieci „Grinch” o takim zielonym stworze, który miał problem ze świętami właśnie? W całości dotyczy on świąt….ale, no właśnie, jakich? Są one osią całej fabuły, dla bohaterów tej opowieści są absolutnie najważniejszym wydarzeniem, z tym, że…nie bardzo wiadomo, co oni tak naprawdę świętują, czego te święta dotyczą. Z filmu wynika, że jest to taki czas, kiedy wszyscy chętnie przebywają ze sobą i przeżywają wspólnie radość. Ale właściwie dlaczego? Centralną sceną i finałem filmu jest wspólnie śpiewanie piosenki…świątecznej czyli takiej jakby kolędy, ale wypranej z jakiejkolwiek treści religijnej.

 

Ktoś powie, że jest to film dla dzieci, więc kontekst religijny byłby tu nie na miejscu. No tak, ale te święta ze swej natury są przecież związane z religią. To po pierwsze, po drugie w innym kanonicznym, bożonarodzeniowym filmie dla dzieci „Kevin sam w domu”, o ile dobrze pamiętam, jedna ze scen dzieje się w kościele. Jeśli się mylę, to na pewno odświeżę sobie pamięć w tym roku. W każdym razie czy teraz, po blisko 30 latach od powstania „Kevina…” można sobie podobną sceną w kościele wyobrazić?

 

Z czego to wynika łatwo można się domyśleć. Temat „świąteczny” jest ciągle nośny, przed ekrany trzeba przyciągnąć widzów, a obecnie wielu rodziców wyczulonych jest na wszelką symboliką chrześcijańską. W związku z tym sztuczka polega na tym, że robi się film o Bożym Narodzeniu, nazywając to sympatycznie i niekontrowersyjnie „Gwiazdką” lub „Śiętami”, a nie…Bożym Narodzeniem. I, co najbardziej zadziwiające – to działa!

 

Oczywiście ważnym aspektem tego wszystkiego jest biznes. Handel ma wówczas żniwa, a, jak wiadomo, pieniądze nie mają religii. Stąd firmy robią wszystko, żeby z Bożego Narodzenia finansowo wycisnąć wszystko, co się da, ale jak ognia unika się jakichkolwiek odniesień do religii, czyli właśnie do….Bożego Narodzenia. Oczywiste nie wymaga dowodu, ale gdyby ktoś jednak jakiegoś potrzebował, wystarczy zobaczyć dowolny blok reklamowy.

 

Chrześcijaństwo bez….chrześcijaństwa i Kościoła

Oczywiście ten problem, jaki mamy z Bożym Narodzeniem dotyczy też innych świąt: Wielkanocy, Wszystkich Świętych czy Bożego Ciała. Z jednej strony, podobnie jak z Wigilią, uczestniczymy w nich mniej lub bardziej chętnie, z drugiej strony uwiera nas ich religijny charakter. Wszystko to jest tylko czubek góry lodowej bardziej fundamentalnej kwestii – naszej niejednoznacznej postawy wobec chrześcijaństwa i Kościoła. Z jednej bowiem strony wiele osób coraz częściej deklaruje tu swoją niechęć, mamy coraz więcej apostazji, na którą wręcz zapanowała jakaś moda, a z drugiej strony jesteśmy głęboko osadzeni w chrześcijaństwie, które jednak czymś znajomym i jest dla nas, nawet gdy tego nie wiemy lub nie chcemy, centralnym punktem odniesienia. Co więcej – w wymiarze praktycznym wcale nie chcemy tego odrzucać, a nawet chętnie czerpiemy z tego korzyści.

 

Kiedy zapytamy czy Państwo powinno być świeckie wiele (i coraz więcej) osób odpowie, że oczywiście tak. Idea świeckiego Państwa wydaje się być coraz bardziej popularna i nośna. Problem zaczyna się kiedy pokażemy konsekwencje takiego stanowiska. Jeśli Państwo ma być świeckie, to nie ma powodu żeby urządzać święta z okazji urodzenia Boga. A zatem to, co dziś nazywamy Bożym Narodzeniem powinno być normalnymi dniami roboczymi. Podobnie oczywiście Wielkanoc, Boże Ciało i Wszystkich Świętych. Mało tego – jeśli odrzucimy chrześcijaństwo to racje bytu traci również….Tłusty Czwartek, który, czy o tym wiemy, czy nie, i czy tego chcemy czy nie, wyznaczany jest przez kalendarz liturgiczny Kościoła. I tu widać jak na dłoni największy problem – nawet najwięksi wrogowie chrześcijaństwa i zwolennicy świeckiego Państwa jakoś nie palą się do tego, żeby w Boże Narodzenie raźno maszerować do roboty, tracić długi weekend z powodu likwidacji wolnego w Boże Ciało czy tracić pretekst do obżerania się pączkami.

 

Nawet jeśli pojawiają się jakieś, moim zdaniem idiotyczne, propozycje zamiany Wielkanocy na jakieś bliżej nieokreślone Święto Wiosny, albo np. Pierwszej Komunii na „ceremonię rozkwitu” to przecież punktem odniesienia jest nadal religia. Nie da się bowiem ukryć, że Pierwsza Komunina jest sakramentem. Warto też pamiętać, że dokładnie tą samą drogą przez 45 lat PRL-u podążała komuna, którą chrześcijaństwo bardzo uwierało i robiła wszystko żeby święta „zeświedczyć”. Tak, żeby Polacy zapomnieli o Wigilii i obchodzili Gwiazdkę czy o świętym (jednak) Mikołaju, którego próbowała przerobić na Gwiazdora. Bezskutecznie, a z dzisiejszej perspektywy wygląda to nawet dość groteskowo.

 

Obrzydliwi hipokryci

Dlaczego mi to przeszkadza i dlaczego o tym właściwie piszę? Jest kilka ważnych powodów.

 

Po pierwsze, odzierając Boże Narodzenie z kontekstu religijnego, odbieramy im ich charakter. Boże Narodzenie bez centralnego momentu narodzenia Jezusa, żłobka, szopki, to już tylko „Gwiazdka”, gdzie brakuje już miejsca dla Świętego Mikołaja („święty” to kolejne odniesieni ściśle religijne), staje się już tylko miłym dawcą prezentów, a kolędy są nijakimi „piosenkami świątecznymi”. Takie Boże Narodzenie staje się jakimś kolejnym, bliżej nieokreślonym świętem, które tak naprawdę jest jeszcze jedną okazją do wydawania pieniędzy na prezenty…Takimi kolejnymi Walentynkami, które wypada obchodzić, absolutnie odartymi z kontekstu religijnego i magii, którą pamiętam z dzieciństwa.

 

Po drugie uważam, że warto nazywać rzeczy po imieniu. Skoro Boże Narodzenie obchodzimy na pamiątkę narodzenia Chrystusa, a Wielkanoc jest pamiątkę jego zmartwychwstania, to nie ma sensu udawać, że tak nie jest.

 

Co prowadzi nas do punktu trzeciego i najważniejszego: obłudy, hipokryzji i udawania. Chodzi mi o taką sytuację, kiedy Boże Narodzenie obchodzą osoby (lub instytucje), którym z chrześcijaństwem jest absolutnie nie po drodze. To co one właściwie świętują, jeśli nie narodzenie Jezusa? Jaki to ma sens? Jeśli ktoś nie jest związany z chrześcijaństwem, czy nie uczciwej by było, żeby te święta po prostu zignorował, a nie świętował „na siłę”, co prowadzi do różnych niezręcznych sytuacji, jak „opłatki” korporacyjne w firmach czy szkołach, czy nawet do konfliktów na tym tle?

 

Oczywiście problem, jak wspomniałem, leży gdzie indziej i nie dotyczy wyłącznie Bożego Narodzenia, ale również np. Wielkanocy czy Wszystkich Świętych. Z jednej strony mają one swój oczywisty wymiar religijny, a z drugiej są również elementem tradycji. Nie bardzo potrafimy sobie więc poradzić z obchodzeniem świąt religijnych w świecie, który jest coraz bardziej wypłukiwany z chrześcijaństwa. Stąd właśnie wynikają takie dziwactwa jak „świecka Wigilia”. Ciekawe, czy zgodnie z tą logiką doczekamy również „świeckich pasterek” urządzanych w klubach przy muzyce granej przed dj- ów…Dziś może nam się to wydawać dość abstrakcyjne, ale jutro może się okazać czymś zupełnie normalnym.

 

Wydaje się więc, że są dwie racjonalne drogi wyjścia z tej sytuacji. Pierwsza polega na tym, że normalnie obchodzimy te święta i rozumiemy i akceptujemy ich chrześcijański charakter. Wyjście drugie: jeśli z chrześcijaństwem nam nie po drodze to po prostu nie obchodzimy takich świąt. Warto pamiętać, że nie jest to obowiązkowe, podobnie jak żadne inne praktyki religijne. Tylko wybierając jedną z tych dróg godzimy nasze przekonania z naszym postępowaniem. Tertio non datur.

 

Chociaż właściwie nie, trzecie wyjście też jest możliwe. Możemy w ogóle o tym nie myśleć i nadal uczestniczyć w tej powszechnej hipokryzji, z którą mamy do czynienia obecnie. Niestety, wygląda na to, że to nam wychodzi najlepiej.