„Nie czas lizać się po fiutach”. Dlaczego tak bardzo boimy się wolności słowa i kochamy cenzurę?
Wierzę w dziennikarstwo, które stawia pytania, opisuję rzeczywistość i szuka w niej sensu. Nie wierzę w media jako miejsce pracy dla osób, które mają zawsze słuszne poglądy na wszystko i dziennikarzy, którzy są wyłącznie strażnikami „prawilnych” poglądów.
Tomasz Bodył
Boimy się słów
„Nie zgadzam się z tym co mówisz, ale oddam życie, abyś miał prawo to powiedzieć” – ten cytat przypisywany Wolterowi jest ciekawy jeszcze z tego powodu, że to tak naprawdę wcale nie on jest jego autorem. Dlatego właśnie jest idealny do tego, żeby zastanowić się dlaczego tak bardzo pokochaliśmy cenzurę. I o tym, że często to, co uchodzi za prawdę, wcale nią nie jest. Czyli o tzw. fake newsach.
Głośno wyrażamy swoje umiłowanie wolności słowa, a w praktyce coraz częściej stosujemy cenzurę i do niej wzywamy. Przykłady? Jakiś czas temu dziennikarze (ale także operatorzy kamer) zbojkotowali konferencję prasową Konfederacji w sprawie pomocy dla Ukraińców. Tygodnik Sieci został ostro skrytykowany za wywiad z ambasadorem Rosji. Niedawno mieliśmy gównoburzę dotyczącą tekstu w serwisie Noizz.pl zawierającego opinie, że Polacy nie chcą bronić ojczyzny. Po fali krytyki został on usunięty. Zaraz po rozpoczęciu wojny na Ukrainie Wirtualna Polska i Interia wyłączyły możliwość komentowania przez internautów tekstów dotyczących wojny. Wcześniej Wirtualna Polska zrezygnowała z emisji reklam głoszących, że za podwyżkami cen energii stoi Unia Europejska, a portal gazeta.pl odmówił ich publikacji. TVN24 oraz Polsat News przerwały transmisji z konferencji prasowej posłów PiS, którzy o tym mówili. Bogdan Rymanowski został mocno skrytykowany za rozmowy z ekspertami, którzy mieli krytyczne zdanie w sprawie szczepionek w walce z epidemią koronawirusa. Od dawna też FB eliminuje treści antyszczepionkowe ze swojego serwisu. Przykłady można by mnożyć w nieskończoność.
Sprawy niby odległe, ale wszystkie mają wspólny mianownik: chodzi o wyeliminowanie z przestrzeni publicznej stwierdzeń uznanych za szkodliwe. I dlatego właśnie mówię o cenzurze: nie podejmuje się dyskusji z tymi poglądami i nie ukazuje ich fałszu, tylko od razu są one eliminowane.
Dochodzimy tu do kluczowego pytania: kto i na jakiej podstawie uznał, że te treści są nieprawdziwe? I czy teraz np. Wirtualna Polska i inne media będzie sprawdzała wszystkie reklamy pod kątem ich prawdziwości? Ktoś będzie sprawdzał, że np. te wszystkie środki na potencję faktycznie działają tak, jak obiecują to ich reklamy? Zadałem to pytanie, ale nie uzyskałem odpowiedzi. A przecież naiwnością byłoby szukać prawdy akurat w reklamach.
Dokładnie ten sam problem dotyczy tzw. fake newsów i towarzyszącym im powstawaniu tzw. serwisów fact checkingowych. Ich gwałtowny rozwój jest najlepszym dowodem, że tradycyjne media przestały działać, bo to normalnie one są od tego, żeby sprawdzać fakty. W wypadku jednak serwisów fact checkingowych kluczowe pytanie brzmi: to i w jaki sposób będzie weryfikował to, co głoszą te media? Innymi słowy dochodzimy tu do odwiecznego pytania kto i jak będzie kontrolował tych, którzy kontrolują?
I oczywiście najbardziej fundamentalne pytanie: jak odróżnić prawdę od fałszu?
Kapitulacja mediów
Siła mediów wynika (wynikała?) tylko z dwóch kwestii: weryfikacji informacji oraz obiektywizmu. Odbiorca musi mieć pewność, że dziennikarz rzetelnie sprawdził to, o czym mówi oraz że przekazuje to w sposób bezstronny. Na tym zbudowana jest wiarygodność mediów i dziennikarzy. Na tym polegała też potęga mediów jako czwartej władzy. I właśnie teraz na naszych oczach ta potęga rozwiewa się w puch, bo o rzetelności mediów i ich obiektywizmie pozostało mgliste wspomnienie. Media zajmują się czymś w rodzaju zabawiania publiczności, funkcję informowania i weryfikowania przejęły wspomniane już serwisy fact checkingowe, zaś świat objaśniają odbiorcom youtuberzy, blogerzy i twórcy filmików na Tik-toku.
Dlaczego tak się stało? Jeśli chodzi o weryfikację informacji to oczywiście nie jest tak, że media i dziennikarze znają się zawsze na wszystkim – przed chwilą wiedzieli wszystko o koronawirusie i walce z epidemią, a teraz z nagła stali się specami od wojny na Ukrainie. Tak naprawdę jedynym źródłem ich wiedzy są dostępne informacje i opinie na dany temat. Często ze sobą sprzeczne. Jedyne, co w tej sytuacji może i powinien zrobić dziennikarz to za pomocą pytań je zweryfikować i wzajemnie skonfrontować różne punkty widzenia. Póki tego nie zrobi wszystkie informacje i poglądy powinny być tratowane równorzędnie, na równych prawach. Problem w tym, że dziennikarze od dawna już tego nie robią. Nie zadając sobie trudu zadania jakichkolwiek pytań i zweryfikowania jakichkolwiek informacji ponieważ….z góry wiedzą co jest oczywistą bzdurą, a co prawdą objawioną. I tę swoją „wiedzę” następnie sprzedają w mediach.
Efekty takiego bezkrytycznego podejścia do informacji docierających do dziennikarzy i mediów są żałosne i, niestety, jest to widoczne gołym okiem. Oto w Gazecie Wyborczej ukazał się tekst „Dziś zbankrutuje Rosja”. Nie zbankrutowała, nomen omen, do dziś, a po kilku dniach, jak gdyby nigdy nic i w ogóle się do tego nie odnosząc, wrzuca się kolejny tekst w tej samej gazecie o tym, że „Rosja na razie nie zbankrutowała”. A z wcześniejszego tekstu zostało usunięte słowo „dziś” w tytule. Jednego dnia wyśmiewa się w mediach osoby noszące maseczki, udowadniając, że to nic nie daje, a następnego dnia chwali się rząd za wprowadzenie obowiązku ich noszenia. Najpierw wszystkie media wzywają do pozostania w domu w imię odpowiedzialności, a niedługo potem krytykują to jako nieracjonalne działanie i nadmierne obciążenie. Podobnie było z amantadyną, gdzie najpierw jej podawanie uznano za szarlatanerię, a następnie zaczęto donosić o tym, że bada się jej działania. Niedawno też media obiegła wieść, że nie można zatrzymywać prawa jazdy za przekroczenie prędkości jednie na podstawie zdjęć z fotoradarów. Okazało się, że to zwykła brednia, ponieważ wyrok NSA w ogóle nie dotyczyło zdjęć, a decyzja o zatrzymaniu uprawnień została uchylona jedynie dlatego, że w pewnej konkretnej sprawie ITD we wniosku o ukaranie nie wskazała jednoznacznie sprawcy wykroczenia. Żadne zresztą z mediów, które to głosiło nie zadało sobie trudu żeby sprostować nieprawdziwe informacje, po prostu nabierając wody w usta. Znowu – przykłady można by mnożyć w nieskończoność.
Problem w tym, że weryfikacja informacji jest trudna i czasochłonna (trzeba by było np. sięgnąć do wspomnianego wyroku NSA i przeczytać go ze zrozumieniem), więc media i dziennikarze poszli na skróty. Merytoryczne argumenty zostały zastąpione przez krótki post w mediach społecznościowych czy mem. Dużo ważniejsze od informacji i argumentów są emocje. Nikt nawet nie udaje, że próbuje się zbudować jakąkolwiek argumentację. Po co, skoro to emocje bardzo dobrze się zawsze sprzedają, przyciągają uwagę, angażują odbiorców i są….tanie – wystarczy byle jaki filmik z internetu i narracja wokół tego, zbudowana z dużej liczby przymiotników i wykrzykników.
Jednak emocje, uczucia są z natury subiektywne i w związku z tym nie mogą być nośnikiem prawdy o otaczającej nas rzeczywistości. Dlatego wykluczają one rzetelną argumentację, która ma do siebie, że jest trudna, wymaga pewnego wysiłku intelektualnego i, szczerze mówiąc, zazwyczaj jest dość nudna. Emocje zastąpiły więc racjonalną refleksję.
Np. w przypadku tego tekstu z Noizz.pl nie znalazłem żadnej argumentacji, z której by wynikało, że zawiera on nieprawdę. Po prostu przez „internety” został on uznany za szkodliwy. Co gorsza jednak redaktor naczelna tego serwisu od razu wywiesiła białą flagę i bardzo szybko okazała skruchę i tekst skasowała. Nie podjęła nawet najmniejszej próby jego obrony, a przecież nie jest tak, że teksty w mediach ukazują się przypadkowo – przechodzi on bowiem cały łańcuszek decyzyjny, którego efektem jest publikacja. Ktoś i na jakieś podstawie podjął decyzję o tym, że się ukazał. Niestety, te racje, dla których redakcja podjęła decyzję o publikacji nie zostały w ogóle pokazane.
Dziennikarz jako strażnik „prawilnych” poglądów
Obiektywizm również jest od dawna kategorią niespotykaną w mediach. Rzetelny, obiektywny dziennikarz jest uznawany za zwyczajnie nudnego, stąd dziennikarze i media od dawana już przestały udawać bezstronność. Ponieważ najważniejsze są emocje od dziennikarzy wymaga się zaangażowania. Nie chcą być oni już rzetelni, lecz „znani i lubiani”, a tę sympatię chcą wzbudzić pokazując swoje zaangażowanie w sprawach, które w danym momencie są gorące. Regułą stało się, że media i dziennikarze sportowi wspierają „naszych” (skoczków, piłkarzy itd. ), Jacek Karnowski, tłumacząc się z wywiadu z ambasadorem Rosji tłumaczy, że „od zawsze wpieramy naród ukraiński”, flagi ukraińskie w winietach mediów i na ekranach telewizorów są już prawie obowiązków, podobnie jak winiety były zmieniane zależnie od orientacji danego medium czy po prostu aktualnie panującej mody podczas innych wydarzeń, np. strajku kobiet. Wspieraniu jednej strony towarzyszy całkowita bądź prawie całkowita eliminacja głosów strony przeciwnej.
Wydaje się jednak, że rolą dziennikarza nie jest wspierać kogokolwiek lub cokolwiek, ale opisywać obiektywnie rzeczywistość, z wielu punktów widzenia i pomóc odbiorcom ją zrozumieć. Żeby sensownie mówić o otaczającymi nas świecie potrzebne są informacje i argumenty, a nie zbudowane na ich podstawie emocje. Widzimy jednak coraz częściej, że zamiast zadawania pytań dziennikarz staje się strażnikiem „prawilnych” poglądów, a jeśli nie odpowiadają mu poglądy rozmówcy to nierzadko (i coraz częściej) jest mu po prostu odbierany głos, jak w przytoczonych na początku przykładach. Doszło nawet do tego, że sama prośba o uzasadnienie takiego „prawilnego” poglądu uznawana jest za gruby nietakt i również staje się powodem do „bana”.
Ba, jak pokazuje przykład zbojkotowanej konferencji Konfederacji, doszło do tego, że to już nawet nie dziennikarze decydują co ukazuje się mediach, a co nie, ale rolę przejęli od nich….operatorzy kamer, którzy, jak się okazuje, najlepiej wiedzą, co jest słuszne, a co nie. Nic nikomu nie ujmując – to tak, jakby o tym, co ma się ukazać w gazecie decydowali …drukarze.
Problem właśnie polega na tym, że nie próbuje się dyskutować z poglądami uznawanymi za niesłuszne, tylko od się je eliminuje z przestrzeni publicznej. Nie próbuje się tłumaczyć odbiorcom za pomocą merytorycznych argumentów, dlaczego np. bilbordy z informacja o cenie energii mówią nieprawdę, tylko przestaje się publikować. Podobnie dzieje się w przypadku innych przytoczonych przykładach. W efekcie otaczamy się wyłącznie poglądami, które w sposób absolutnie arbitralny uznaliśmy za słuszne. Odmienne poglądy od naszych zwalczamy, ale nie za pomocą argumentacji lecz starając się je np. obśmiać albo zignorować. Często też (i niestety coraz częściej) walka z nimi polega a tym, ze wszystkich sił stara się ich nie dopuścić do publicznego dyskursu.
Ten brak merytorycznej dyskusji na argumenty jest szalenie groźny. Po pierwsze dlatego, że nie potrafimy odróżnić prawdy od fałszu. Po drugie nawet jeśli jesteśmy przekonani o słuszności jakieś poglądu, to nie potrafimy tego sensownie uzasadnić. W rezultacie niby jesteśmy o czymś przekonani, ale tak naprawdę to sami nie bardzo wiemy dlaczego. A nawet jeśli to już wiemy, to i tak nie potrafimy tego ubrać w słowa. Media nie dostarczają bowiem swoim odbiorcom koniecznych do tego narzędzi.
Wyśmiewamy „płaskoziemców”, ale nie potrafimy z nimi dyskutować, a, co gorsza, udowodnić, że się mylą. Tymczasem powinniśmy zapoznać się z ich poglądami i wykazać krok po kroku, że się mylą. Nie dla nich, po pewnie ich nic nie jest w stanie przekonać, ale dla nas. Po to, żeby mieć pewność, że rozumiemy otaczający nas świat. Taka merytoryczna konfrontacja z poglądami, które uważamy za bzdurne, jest jedyną skuteczną szczepionką na głupotę, dzięki której stajemy się odporni na manipulację.
Tik – Tok objaśnia ludziom świat
W rezultacie jesteśmy tu, gdzie jesteśmy: w chaosie fake newsów, niezdolni do odróżnienia prawdy od fałszu. Stało się tak, gdyż otaczamy się wyłącznie ludźmi, którzy mają takie same poglądy jak my, co zapewnia nam dobre samopoczucie. Z ludźmi mającymi odmienne poglądy po prostu nie dyskutujemy. Coraz częściej widzimy to na ekranach telewizorów, słyszymy w radio czy czytamy w internecie, jak wszyscy się ze sobą w danym medium czy swojej „bańce” zgadzają i „liżą się po fiutach”, żeby odwołać się do słynnego cytatu z „Pulp fiction”.
Jedne media tkwią w swojej bańce poglądów uznanych za „prawilne”, a inne w swoich. W obrębie swoich baniek wszyscy się ze sobą zgadzają, a pozostałe medialne bańki po prostu się ignoruje. W najlepszym razie wyśmiewa, ale w żadnym razie nie próbuje podejmować merytorycznej dyskusji opartej o argumenty.
W rezultacie odbiorca jakiegoś medium dostaje cały katalog jedynie słusznych poglądów. Przełączając się na inne medium również otrzymuje zestaw jedynie słusznie poglądów, tyle, że….zupełnie sprzecznych z tym, co usłyszał przed chwilą. Ani jedno ani drugie medium, przekonane o swojej słuszności, nie próbuje tego w jakikolwiek sposób uzasadnić, ponieważ „mamy rację, bo mamy rację”. W ten sposób odbiorca nie ma szans, żeby dowiedzieć się gdzie leży prawda.
Efekt jest taki, że przecięty odbiorca, widząc we wszystkich mediach flagi Ukrainy i zalewany nieustanną falą informacji, wie, że ma wspierać Ukrainę nienawidzić Putina i Rosję, ale nie rozumie, dlaczego ta wojna wybuchła i jaki jest sens tego, co dzieje. Jedyne, co do niego tak naprawdę dociera to to, że musi jechać natychmiast na stację benzynową i wypłacić gotówkę z bankomatu. Wcześniej, podczas kryzysu na granicy polsko-białoruskiej cały czas słyszał, że toczy się wojna „hybrydowa” i nawet chętnie się tym ciekawym słowem posługiwał, ale gdyby go zapytać o co tak naprawdę z tą „hybrydowością” chodzi, to byłby duży kłopot, żeby to wyjaśnić. Media też nie zadały sobie trudu, żeby to jakoś wytłumaczyć.
Itd. itd, przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Po śmierci Jana Pawła II wszystkie media wręcz ociekały lukrem prześcigając się w nazywaniu go Wielkim i domagając się natychmiastowej świętości. Jakikolwiek krytyczny głos wydawał się wprost nie do pomyślenia. Natomiast przecięty Polak wiedział, że ma go kochać, ale nie bardzo potrafił uzasadnić dlaczego, bo ta miłość zupełnie nie szła w parze ze znajomością tego, co głosił najpierw Karol Wojtyła a następnie Jan Paweł II. Wydaje się jednak, że dziś, z perspektywy czasu, pontyfikat ocenia się już zupełnie inaczej niż przedstawiały wtedy wszystkie media.
Stąd przecięty odbiorca mediów żyje w nieustannym chaosie informacyjnym, niezdolny do oceny, co jest prawdą, a co fake newsów i stąd jest niezwykle podatny na manipulację.
Nie wierzę, że takie media przetrwają. Wierzę, że do tego potrzebna jest dyskusja, jako wymiana argumentów, spór i wymiana opinii. Myślę, że do wielu poważnych konfliktów by nie doszło, gdyby strony ze sobą rozmawiały i potrafiły się spiera
. To dlatego mamy postęp, że ludzie się ze sobą spierali, a nie we wszystkim zgadzali. Wierzę też w postulat człowieka racjonalnego: jeśli nie potrafisz odeprze
argumentów adwersarza przyjmij jego poglądy.
Co to ma wszystko wspólnego z cytatem niesłusznie przypisywanemu Wolterowi? Otóż w mojej opinii to właśnie media są tym miejscem gdzie powinno się spierać na argumenty. Obiektywnie, a więc wszystkie informacje i poglądy powinny być traktowane w równorzędny sposób. A następnie na podstawie ich weryfikacji za pomocą merytorycznych argumentów odbiorca samodzielnie powinien sobie zbudować obraz rzeczywistości.
Widzimy jednak na własne oczy, że media kroczą drogą donikąd. Ceną za te wszystkie flagi Ukrainy w mediach czy inne oznaki zaangażowania, tak przecież dla nas naturalne, że aż się przyzwyczailiśmy, jest dalszy spadek wiarygodności mediów. W ten sposób dziennikarze i media tracą tę swoją jedyną cnotę, jaką mieli. Nie bardzo zyskując coś w zamian, bo dziennikarze nigdy nie będą tak dowcipni jak stand – uperzy, a ich przekaz tak atrakcyjny i prosty jak filmiki z You tuba czy Tik Toka. Dlatego właśnie teraz te media, a nie poważne gazety czy portale internetowe objaśniają świat swoim odbiorcom. I dlatego coraz mniej oni z tego rozumieją. A rolę mediów tradycyjnych przejmują serwisy fact – checkingowe, które sprawdzają to, czego nie sprawdziły media. Jednak cały czas otwarte jest pytanie, kto z kolei będzie kontrolował tych sprawdzających. Kto wie, czy o tym co jest prawdą a co fałszem nie zdecyduje jakiś algorytm, a którym kompletnie nic nie będziemy wiedzieć.
Szymon Jadczak pisze na swoim blogu tak: „Świat objaśniają nam w mediach ludzie, którzy nie interesują się światem (…). W poważnych redakcjach nie brakuje ludzi, którzy nie potrafią łączyć faktów, ustalać związków przyczynowo – skutkowych, mają problem z ustaleniem chronologii wydarzeń, nie czytają ogólnodostępnych informacji. Kończy się biciem piany i robieniem ludziom wody z mózgu”. Rzadko się z nim zgadzam, ale w tym wypadku nic dodać nic ująć.
Najnowsze komentarze