Drogi rowerowe
Holendrzy jeżdżą zadbanymi samochodami. Jasne, pewnie jeżdżą lepszymi samochodami niż my, ale widziałem też sporo starszych modeli samochodów, jakieś wiekowe corsy, fiaty punto czy citroeny saxo. Mają już one swoje lata, ale i tak są zadbane. Nie ma tak, że jakiś samochód jest brudny czy oblepiony błotem, albo w tak złym stanie, że karoseria składa się głownie z rdzy, czy każdy element nadwozia był innego koloru. Nawet jak auto jest ewidentnie stare, to nie widać żadnych widocznych śladów zaniedbań. No i w Holandii nie ma obowiązku jazdy w dzień na światłach, w związku z tym część samochodów ma reflektory włączone, cześć nie.
Przy okazji: odniosłem wrażenie, że zwyczajnie jest tu dużo mniej znaków drogowych. Jeszcze przy braku reklam przy drodze, można przejechać całkiem spore odcinki dróg mijając jedynie drzewa na poboczach. Wrażenie niesamowite, zwłaszcza, kiedy wyjedzie się świeżo z Polski. gdzie przy każdym skrzyżowaniu stoi milion znaków, a przed każdym przejściem dla pieszych przynajmniej kilka. Tu nie, tu wygląda to tak, jakby było ich być dokładnie tyle, ile powinno.
Za to dużo więcej jest też samochodów elektrycznych. W zasadzie jeśli jedzie się rowerem na wsi to mija się kilka Tesli (mam wrażenie – bardzo tu popularnych) i innych modeli samochodów elektrycznych. W Polsce Tesla to cały czas egzotyka. Zresztą podobno tylko w samym Amsterdamie jest więcej stacji ładowania pojazdów niż w całej Polsce.
Co ciekawe, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, można znaleźć bardzo małe stacje benzynowe. Jak to w Polsce wygląda wiadomo, nie da się u nas jej nie dostrzec, bo już z daleka widać wielkie słupy z cenami i zwykle zajmują one sporo miejsca. W Holandii nie – czasem po prostu gdzieś na parkingu przy sklepach stoją sobie dwa dystrybutory, często samoobsługowe i już, to cała stacja benzynowa.
Oczywiście charakterystyczne dla Holandii są drogi rowerowe. Drogi, bo trudno nazwać je ścieżkami. Wygodne, asfaltowe, często dwupasmowe, z oddzielające je linią przerywaną na środku, często niewiele węższe niż biegnąca obok szosa dla samochodów. A przy nich stoją specjalne kosze na śmieci dla rowerzystów. Holendrzy zauważyli, że te dla pieszych są niewygodne dla osób, jadących na rowerze, więc ci mają własne. Przypominają one duże metalowe worki, z wielkim otworem wlotowym, ustawionym prostopadłe do powierzchni jedni. Nawet w pełnym pędzie można bez problemu trafić do takiego kosza nie zsiadając z roweru, wykonując taki rzut jak piłkarz ręczny do bramki przeciwnika.
Te drogi rowerowe jednocześnie służą miejscowym jako chodniki. W Polsce chodzenie pieszych po ścieżce rowerowej jest zabronione. Tutaj nikogo nie dziwi nie tyko ktoś idący ścieżka rowerową, ale nawet rodzice spacerujący z dziećmi w wózkach. Również bardzo często tymi drogami poruszają się także skutery, zarówno spalinowe jak elektryczne, więc ruch na nich jest całkiem spory.
No i wszyscy się pozdrawiają na chodnikach czy ścieżkach rowerowych. Często nie znałem kompletnie nikogo z miejscowych, a mimo to wszyscy, mijając mnie wypowiadali słowa powitania. Podobnie ci, których omijałem, a były to osoby, które widziałam pierwszy raz na oczy. Kompletna egzotyka w porównaniu z Polską.
Zupełna cisza
Kolejnym uderzającym wrażeniem jest cisza. W zasadzie poza wiejącym wiatrem niczego nie słychać. No może ptactwem wodnym, którego tu jest bardzo dużo. W Polsce, kiedy jest się na wsi, cały czas coś się dzieje. A to muczy bydło, a to psy ujadają, słychać jakieś odgłosy prac polowych. W Holandii panuje niemal idealna cisza.
Przy okazji wydaje mi się, że w ogóle nie ma włóczących się bezpańskich psów. Generalnie psów jest chyba mniej niż w Polsce, ale takich biegających kundli nie widziałem ani razu. Już dużo częściej widuje się szwendające się koty.
Holandia w czasie epidemii
Czasy mamy takie, że trudno nie powiedzieć, jak ten kraj funkcjonuje w czasie epidemii koronawirusa. Na co dzień w zasadzie nie odczuwa się jej wcale, może dlatego, że nie śledzę mediów holenderskich. Przede wszystkim nie było obowiązku noszenia maseczek na świeżym powietrzu, w czasie kiedy obowiązywały one w Polsce. Faktycznie spotykało się pojedyncze osoby, które ich używały. Był obowiązek ich noszenie w sklepach, ale nawet jeśli ktoś tam jej nie miał, nikt na to nie zwracał uwagi. Była natomiast godzina policyjna i po 22 nie można było wychodzić z domów bez uzasadnionych powodów.
Bardzo często natomiast można było spotkać pojemniki z płynami do dezynfekcji. Przy wejściu do sklepów czy stał praktycznie wszędzie i widziałem i były dość często używane. Wiele było też różnego rodzaju ogłoszeń czy plakatów przypominających o epidemii i konieczności zachowania ostrożności.
Podobnie wyglądało to w firmach. W rodzinnych, małych i średnich nikt się raczej epidemią nie przejmował. Oczywiście przy wejściu był pojemnik ze środkiem dezynfekującym, były przyklejone w wielu miejscach kartki przypominjące o zachowaniu ostrożności czy odpowiedniej odległości między osobami. Ale nie zauważałem, żeby ktoś jakoś specjalnie przykładał do tego jakąś wagę.
Inaczej w dużych firmach, zwłaszcza zajmujących się żywnością. Ta reżym epidemiczny był znacznie większy, ale też w ogóle w takich firmach dużo większą wagę przykłada się do szeroko rozumianej higieny. Tam obowiązkowa była praca w maseczkach ochronnych lub plastikowych przyłbicach, do wyboru przez pracownika. Mało tego: zatrudnione były specjalne osoby, które chodziły po całym zakładzie pracy sprawdzając, czy faktycznie pracownicy mają zasłonięte nos i usta. Jeśli nie – zwracano im uwagę.
Jednym miejscem, gdzie nie obowiązywało noszenie maseczek czy przyłbic były kantyny, gdzie pracownicy spędzali przerwy I jedli posiłki. W tych miejscach był jednak obowiązek zachowania odpowiedniej odległości między osobami. Specjalnie w tym celu prostokątne stoły ustawione były w ten sposób, żeby ich dłuższe boki wyznaczały odpowiedną odległość, a przy jednym stole siedzieć mogły tylko dwie osoby.
Najnowsze komentarze